Jedyny taki Kobben
Kategoria: marynarka wojenna

Okręt na lądzie to niepospolity widok. Ale okręt podwodny, który przemieszcza się kilkaset metrów od nabrzeża do postumentu, na którym w ostateczności stanął jako laboratorium dydaktyczne i obiekt do zwiedzania, to wydarzenie na skalę światową. W połowie grudnia ubiegłego roku okręt, który nosił krótko nazwę ORP „Jastrząb-Kobben”, stanął na lądzie przy gmachu Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Zdjęcia: M. Kluczyński i J. Walczak. Podpisy: J. Walczak.

ORP Jastrząb-Kobben przebył kilka kilometrów ze stoczni Marynarki Wojennej pod gmach Akademii Marynarki Wojennej najpierw na stoczniowych przenośnikach, później trafił na barkę, która basenami portowymi dostarczyła jednostkę do portu wojennego, skąd po torach przeszedł ostatnie kilkaset metrów na ostatnie miejsce służby. Fot. Marian Kluczyński/Marynarka Wojenna
Okręt waży 370 ton. Z jednostki usunięto około 100 ton zbędnych elementów wyposażenia, bateria akumulatorów i balasty. Wędrówka lądowa okrętu podwodnego sprowadziła pod bramę portu wojennego w Gdyni setki widzów i dziesiątki przedstawicieli mediów. Aby jednostka trafiła na fundamenty należało rozebrać Rondo Bitwy pod Oliwą – okręt dostojnie przeszedł środkiem ronda. Fot. Marian Kluczyński/Marynarka Wojenna
Znaki drogowe nie obowiązywały tego dnia, przynajmniej w tej części Gdyni. Poranek był zimny i deszczowy, w szarości aury wkomponował się szary kadłub okrętu. Jednostka ostatecznie otrzyma swój właściwy kolor, matowy czarny, tuż przed udostępnieniem do eksploatacji. Fot. Janusz Walczak
Operacja odrobinę zdemolowała architekturę i zieleń w porcie wojennym, łącznie z bramą wjazdową. Śruba okrętowa zdobiąca wejście do bazy morskiej chwilowo spoczęła na trawniku. Całość starannie odbudowano po zakończeniu operacji, ale kompozycja widoczna na zdjęciu jest symboliczna, tym bardziej, że śruba napędzała największego wroga okrętów podwodnych, niszczyciel. Fot. Janusz Walczak
Technologia stasowana do przemieszczenia 370-tonowego okrętu polegała na przesuwaniu ciężaru po specjalnych torach, które były intensywnie smarowane. Siłowniki hydrauliczne, które przesuwały Kobbena wcale nie sprawiały wrażenia mocarnych. Fot. Janusz Walczak
Kobben został dostosowany do swoich nowych zadań w stoczni Marynarki Wojennej. Jest w tym procesie jeden element, który jest trudny do zaakceptowania przez marynarzy. W lewej burcie wycięto dwa włazy dla ułatwienia ruchu zwiedzających. Duży wpływ na ten krok mają różnego rodzaju przepisy bezpieczeństwa, przeciwpożarowe i podobne. Takie rozwiązanie widziałem też na rosyjskim rakietowym okręcie podwodnym w Kopenhadze, który służy jako muzeum. No cóż, tak już bywa. Fot. Janusz Walczak
Trudno byłoby policzyć bohaterem ilu zdjęć został Kobben podczas ostatniego etapu podróży po lądzie. Widziałem kilka osób, które przyjechały tego dnia z różnych zakątków Polski. Duch „shiploverów” nie umiera, jednak jest nas zdecydowanie za mało. Fot. Janusz Walczak
Teren, po którym podróżował okręt podwodny został tak przygotowany, że momentami przypominał rejon budowy. Następnego dnia jednak wszystko wyglądało, jak przed manewrem, a może nawet lepiej. Fot. Janusz Walczak
Posadowienie okrętu na fundamentach przy wschodniej części gmachu Akademii Marynarki Wojennej nastąpiło przy pomocy siłowników hydraulicznych. Jak chętnie informowali pracownicy firm prowadzących operację, nasz Kobben nie był najcięższym obiektem, z jakim mieli ostatnio do czynienia. Zazwyczaj zajmują się wielkogabarytowymi konstrukcjami dwa i trzy razy cięższymi. Fot. Janusz Walczak
Okręt podwodny wśród drzew to unikatowy widok. Z pewnością mieszkańcy i turyści szybko zaakceptowali nowy element w krajobrazie gdyńskiego Oksywia, dzielnicy od zawsze związanej z morzem i Marynarką Wojenną. Fot. Janusz Walczak
Obserwując operację konstatowaliśmy, że można coś zrobić sprawnie, pochwalić się swoją pracą, pokazać technologię i wcale nie trzeba odgradzać setek metrów terenu. Było bezpiecznie i przyjaźnie a do tego widzowie mogli zapoznać się ze wszystkim z bliska. Fot. Janusz Walczak
Okna widoczne w głębi za czasów moich studiów w AMW były salami mieszkalnymi studentów pierwszego roku uczelni oraz kadetów Szkoły Chorążych MW. Miałbym naprawdę morski widok. Fot. Janusz Walczak